Wakacyjna wyprawa do Turcji w sierpniu 2013 r. była jak dotąd najdłuższym naszym wyjazdem turystycznym. Trwała aż 32 dni, z których 18 spędziliśmy w podróży, a pozostałe dwa tygodnie – na wakacyjnym pobycie w południowo-zachodniej Turcji.
Czas na krótkie podsumowanie wakacyjnego wyjazdu do Turcji AD’2013. Zacznijmy od początku:
Decyzja: gdzie i kiedy jedziemy
Tradycyjnie, organizację trasy wakacyjnej zaczynamy od najważniejszego wyboru: GDZIE. I nie tylko o kraj docelowy chodzi, ale o konkretne miejsce. Bez potwierdzonej rezerwacji w miejscu docelowym, nie zabieramy się za rezerwację hoteli na trasie dojazdowej i powrotnej, w ogóle nie zabieramy się za myślenie o tych trasach.
Na Turcję wybór padł dość szybko, natomiast dłużej trwał wybór konkretnego miejsca w tym kraju. Chcieliśmy zajechać możliwie daleko w głąb Azji, a jednocześnie być w zasięgu jak największej liczby atrakcji turystycznych. Jednocześnie dojazd tam miał także zapewniać atrakcje po drodze. No i koniecznie miał mieć dobre opinie w sieci, które jak zwykle były naszą jedyną możliwością weryfikacji jakości danego miejsca.
Ostatecznie rezerwacji dokonaliśmy, standardowo jak na nas, już w grudniu 2012 r. Wybór padł na małą miejscowość Boğaziçi, położoną jakieś 30 km na północ od Bodrum i willę w resorcie Lakeside Garden. Położenie spełniało wszystkie kryteria (po drodze m.in. Troja i Efez, w zasięgu Bodrum, Pammukale) a zakwaterowanie wydawało się spełniać kryteria jakościowe.
Wybór trasy


Mniej więcej dwa tygodnie trwało dogadywanie i dogrywanie szczegółów obu tras: dojazdowej i powrotnej – wiadomo, że unikamy jak ognia jechania dwa razy tą samą drogą, więc organizować musimy obie tak samo dokładnie.
Gdy już wybraliśmy siatkę miast, w których mieliśmy organizować noclegi (w których jest coś do zobaczenia i leżą w sensownej odległości pomiędzy sobą), to musieliśmy jeszcze sprawdzić atrakcje leżące pomiędzy nimi, tak aby i one stanowiły całość, a ta całość była możliwa do zrealizowania.
Koniec końców wybraliśmy dwie trasy:
- Dojazdowa: Banja Luka, Mostar (Bośnia i Hercegowina), Kotor (Czarnogóra), Durres, Saranda (Albania), Saloniki (Grecja) oraz Canakkale, Ayvalik i Izmir (Turcja)
- Powrotna: Bursa, Stambuł (Turcja, w Stambule 2 noclegi), Mełnik (Bułgaria), Zajecar, Nowy Sad (Serbia) i Koszyce (Słowacja)
Każde z tych miejsc, albo bezpośrednia jego okolica, miało nam coś do zaoferowania i pokazania, a trasy pomiędzy nimi gwarantowały dodatkowe atrakcje. W poszukiwaniu optymalnego przejazdu zdecydowanie wspomagaliśmy się praktycznymi opisami, które udało nam się znajdować w sieci.
I tak, część bałkańska naszej podróży to zdecydowanie zasługa forum w serwisie Cro.pl, które zawiera wiele naprawdę świetnych i szczegółowych relacji z podróży po całych Bałkanach, nie tylko po Chorwacji, choć nazwa na to wskazuje. Część turecka to także to samo forum Cro.pl oraz największa kopalnia wiedzy o Turcji w polskiej sieci – serwis TurcjawSandalach.pl
Koniec końców, rezerwacja noclegów na obu trasach zajęła nam pierwszy tydzień stycznia 2013 r. W święto Trzech Króli byliśmy praktycznie gotowi z planem wakacyjnym.
Przygotowania i pakowanie
Jako że do tej pory nasze wakacyjne wypady opierały się (nie licząc Szwajcarii, ale tam również nie ma problemów granicznych) w zasadzie wyłącznie na krajach Unii Europejskiej, to wyprawa AD’2013 była dla nas kompletną nowością. Każdy z krajów (może poza Słowacją i Węgrami) był dla nas nowy i musieliśmy nabywać o nich wiedzę, zarówno z sieci, jak i z przewodników drukowanych, których w czasie przygotowań uzbieraliśmy całkiem niezłą ilość.

Skoro nie jedziemy po terytorium UE, to co chwila zmieniają się przepisy, waluty, granice i stopień „cywilizacji”. Trasy wybraliśmy maksymalnie atrakcyjne pod każdym względem, dlatego mocne miejsca w nich znalazły kraje, co do których nie byliśmy pewni niczego, które nie zostały zbyt dobrze przez polskich i w ogóle jakichkolwiek turystów zbyt dobrze opisane w sieci, a tylko Internet daje jakąkolwiek gwarancję aktualności informacji. Drukowane przewodniki tego nie są w stanie zapewnić, ze swoim 2-3 letnim cyklem aktualizacji.

A już np. informacje dotyczące Albanii ograniczają się praktycznie wyłącznie do straszenia, co się, komu i w jaki sposób może stać, na co uważać i czego się bać. Czytanie takich tekstów sprawia, że potem człowiek jedzie i spędza czas na oglądaniu się dookoła, zamiast na wchłanianiu tego, co się mu podoba i co chciał zobaczyć. Mieliśmy już taki wyjazd – do Rio de Janeiro, i dokładnie tak poddaliśmy się opisom przestępczości. Więcej tego nie zrobimy, dlatego też cały czas Albanię traktowaliśmy jako największą przygodę (może na równi ze Stambułem) na obu trasach w jedną i drugą stronę.
Dużym wyzwaniem było spakowanie się na tak długi wyjazd. Standardowo bowiem zawsze pakowaliśmy się osobno na miejsce do celowe (2 tygodnie wakacji) i osobno na trasę dojazdową (lub powrotną). Tak, żeby po drodze do każdego z hoteli zabierać tylko te walizki, które zawierają rzeczy na drogę, a nie wypakowywać całego samochodu za każdym razem i każdego dnia. W przypadku trasy AD’2013 szczególnie długość trasy dojazdowej (w sumie 11 dni) sprawiała, że rzeczy potrzebne na dojazd i tak musieliśmy dodatkowo podzielić na dwie części. A potem to wszystko odpowiednio w samochodzie ułożyć, tak aby te potrzebne rzeczy były na wierzchu, a nie pod spodem.
Co się udało, a co nie
Cały wyjazd zdecydowanie oceniamy pozytywnie, choć chyba nieco przesadziliśmy z jego długością. 32 dni, w większości spędzone na intensywnym zwiedzaniu, to jednak troszkę za długo, po powrocie potrzebowaliśmy odpoczynku, by wrócić do normalnego funkcjonowania. Dlatego kolejny wyjazd – ten AD’2014 (nie ukrywajmy – mamy też już zaplanowany i zarezerwowany – w końcu jest już połowa lutego :)) będzie zdecydowanie krótszy. Zresztą w ogóle zmieniamy lekko styl podróżowania w tym roku, ale to materiał na osobny wpis.


Udała się nam ogromna część podróży. Sprawdziło się też troszkę zmienione jej planowanie, po raz pierwszy bowiem oprócz poszukiwania atrakcji w miastach „noclegowych” po drodze, szukaliśmy też ciekawych miejsc na trasach je łączących. To po pierwsze spowodowało w kilku wypadkach projektowanie tras kompletnie oderwanych od tych najkrótszych i najbardziej ekonomicznych, a w kilku innych – przeładowanie tras atrakcjami.
I to przeładowanie odbiło się nam czkawką, szczególnie w tak oczekiwanej przez nas Albanii, bo nie wzięliśmy pod uwagę dwóch rzeczy, z których jedna (to tak na usprawiedliwienie) była kompletnie nieprzewidywalna. Ta przewidywalna, ale związana z naszym kompletnym brakiem doświadczenia poza UE, to konieczność przejeżdżania przez kolejne granice, odprawy, pieczątki, kontrole i przede wszystkimi korki przed nimi się tworzące. Korek na granicy Czarnogóra – Albania spowodował, że całą północną część albańskiej trasy musieliśmy sobie odpuścić z powodu zapadającego zmierzchu.

Druga, o wiele bardziej znamienna w skutki rzecz, to awaria naszego samochodu, który od Albanii właśnie bardzo intensywnie się przegrzewał na jeździe pod górę na niskich biegach i wysokich obrotach (także podczas jazdy w korku, z tych samych powodów). To sprawiło, że kilka miejsc podczas tych wakacji w ogóle musieliśmy odpuścić (zrezygnowaliśmy m.in. z dojazdu do: Doliny Motyli i Myry w Turcji, bocznej drogi i monasterów w Serbii, kilku miejsc na bocznych drogach w Albanii). Usterka ta ciągnęła się za nami i zmieniała nam plany od czwartego dnia trasy dojazdowej (wjazd do Albanii) do piątego dnia trasy powrotnej (wjazd do Serbii), samochód przegrzewał się wielokrotnie i wielokrotnie musieliśmy stawać po drodze by wystygł, żeby w ogóle móc dalej jechać. O zwiedzaniu atrakcji, związanym z wjechaniem w góry nie było mowy.
Co ciekawe, po wjechaniu do Serbii, do dnia dzisiejszego samochód sprawuje się normalnie bez żadnego serwisowania, więc chyba wpływa miały naprawdę ekstremalne temperatury, które nam towarzyszyły w miejscach, gdzie dopadała go „słabość”. Tak czy tak, znów planujemy góry na wakacyjnej wyprawie AD’2014, więc autko musi przejść gruntowny przegląd.
Podsumowanie
W cyfrach można nasze wakacje 2013 r. podsumować tak:
- wyprawa trwała 32 dni (1 sierpień – 1 wrzesień 2013 r.)
- trasa przebiegała, nie licząc Polski, przez 10 krajów (Słowacja, Węgry, Chorwacja, Bośnia i Hercegowina, Czarnogóra, Albania, Grecja, Turcja, Bułgaria, Serbia), z których aż w siedmiu (poza Słowacją, Węgrami i Chorwacją) byliśmy po raz pierwszy
- przejechaliśmy 11.000 km, z czego 4.400 km to trasa dojazdowa, a 4.000 km – trasa powrotna. Przeszło 2.500 km przejechaliśmy podczas 14 dni wakacji w Boğaziçi
- przywieźliśmy ze sobą przeszło 18.000 zdjęć, z których po weryfikacji i przebraniu zostało i tak sporo ponad 10.000 sztuk – część z nich widzicie dziś na naszym blogu jako ilustrację do opisu podróży
- opis wyprawy zawarliśmy na blogu aż w 79 wpisach (co i tak jest z naszej strony „streszczeniem”, pierwotny plan zakładał aż 99 wpisów), które produkowaliśmy od początku października (miesiąc od powrotu zajęło nam porządkowanie zdjęć i produkowanie „fizycznych” fotoksiążek z wyprawy, które stały się już naszym domowym standardem) do dziś, czyli do połowy lutego 2014 r.
Po wyprawie AD’2013 znacznie zawęziła się lista krajów w Europie, których jeszcze nie odwiedziliśmy. Po raz pierwszy uderzyliśmy w Europę środkowo-wschodnią i Bałkany, a to co tam zobaczyliśmy sprawiło, że kolejny wyjazd, ten w 2014 r., potraktujemy niejako jak suplement do ubiegłorocznej wyprawy. Będziemy chcieli zobaczyć miejsca, których nie widzieliśmy wcześniej. Kierunek będzie mniej więcej ten sam, choć destynacja znacznie bliższa, a cała wyprawa wakacyjna będzie duuuuużo krótsza. Ale i tak przybędą nam na liście „zaliczonych” kolejne dwa europejskie (i bałkańskie) kraje. Bo Bałkany okazały się bardzo fascynujące.

A sama Turcja. Jak bardzo się nam spodobała, niech poświadczy jeden fakt. Od kiedy w grudniu 2012 r. zarezerwowaliśmy wakacje w Boğaziçi i zaczęliśmy studiować relacje z innych wypraw do tego kraju, tak się nimi zafascynowaliśmy, że zanim pojechaliśmy na pierwszy wyjazd do Turcji, w czerwcu 2013 r. zarezerwowaliśmy sobie bilety na loty na drugie wyjazd do tego kraju – tym razem w inną jego część.
Bo Turcja wg tego, co odczuliśmy po lekturze przeróżnych opisów, różnych ludzi i z różnych regionów kraju, to tak naprawdę co najmniej dwa różne światy – ta zachodnia, najeżdżana co roku przez miliony zachodnich turystów, skomercjalizowana i taka (wg nas oczywiście) „trochę na pokaz” i dostosowana do potrzeb turystyki. Ta druga to ta tradycyjna, gdzie turysta jest rozpoznawalny na ulicy, bo jest rzadkością, w żaden sposób nie podlegająca wpływom turystów, gdzie to oni, wpadając w ich rzeczywistość, dostosowują się do niej, a nie odwrotnie. Obszar, gdzie turysta może swobodnie oglądać bez tłoku atrakcje i zabytki, ponosząc jedną cenę – samemu będąc atrakcją (w dobrym tego słowa znaczeniu) dla miejscowych mieszkańców, przyjaznych, gościnnych i gotowych pomóc w każdej sytuacji, nawet tej daleko wykraczającej ponad pomoc rozumianą przez nas, turystów z zachodu.
I tę drugą podróż do Turcji, którą zakończyliśmy ledwie dwie doby temu, zaczniemy opisywać już wkrótce na naszym blogu. A jak mieszkańcy wschodniej Turcji potrafią pomagać nam, zachodnim turystom ?
Sytuacja z Dogubeyazit na wschodnim krańcu Turcji, u podnóża Araratu: idziemy we dwójkę z plecakami w kierunku dworca autobusowego. Dla pewności pytamy o kierunek dwóch mężczyzn oczekujących przy drodze na dolmusza. Ci dwaj pokazują, żeby poczekać chwilkę, że zaraz będzie dolmusz, który nas na dworzec podrzuci (nie potrafią zrozumieć idei chodzenia z ciężkim plecakiem na plecach). Z pobliskiego sklepu wychodzi sprzedawca, który okazuje się znać angielski i sam też tłumaczy nam drogę do dworca. A obok tego wszystkiego od razu staje przygodnie przejeżdżający van z samym kierowcą w środku, który też czuje się w obowiązku wytłumaczyć nam drogę. Wszystko to dzieje się na raz, w momencie gdy dwójka białych z plecakami wydaje się mieć problem.
Mało tego – tenże kierowca vana odjeżdża od nas, ale przejeżdża kawałek i zawraca, ponownie zjawiając się przy nas, już idących spokojnie w stronę dworca. Nie daje sobie odmówić podwiezienia (choć zostało nam raptem 500 m spaceru), a co więcej, w trakcie jazdy pyta gdzie jedziemy (do Van) i z miejsca oferuje darmową podwózkę do miasta, do którego mamy się udać – a było do niego z Dogubeyazit tylko… 185 km 🙂 I trzy godziny jazdy w jedną stronę 🙂 Odmówiliśmy, bo już mieliśmy bilety na autobus. Z tym autobusem była kolejna fajna historia, ale to już opowiemy przy okazji wpisu o Dogubeyazit.
I tak kończymy historię wakacyjnej podróży do Turcji, płynnie przechodząc w podróż zimową do Turcji 🙂 Znów mnóstwo atrakcji, ale charakter jakże inny – bez samochodu, bez zaplanowanych miejsc noclegowych, z organizacją na bieżąco i całym „dobytkiem” na plecach”. Zapraszamy do dalszego poznawania Turcji – pierwsza zajawka na blogu już wisi.




